Katalońska pamięć. Pierwszy ojciec współczesnego stylu Barcelony

robertinho

22 maja 2010, 15:15

21 komentarzy

Zainspirowany lekturą Jiimmy'ego Burns'a - Barça: A People's Passion, opisującej historię Barcelony postanowiłem rozpocząć dokładniejsze poznanie historii Barcelony. Sama książka, przedstawia okres stu lat historii Barcelony: od dnia założenia przez Hansa Gampera, przez okres wojny domowej w Hiszpanii, frankistowskiej dyktatury, czasy Dream Teamu, aż do końcowych lat prezydentury Lluisa Nuneza. Efektem tej fascynacji jest rozpoczęcie cyklu felietonów, które będą ukazywać się na łamach portalu, prezentując różne - zarówno te dobre, jak i te złe - okresy dziejów Barcelony. Nie będzie to chronologiczne przedstawienie całej historii, acz wyrywkowe opisywanie zasłużonych dla klubu ludzi, pamiętnych meczów, czy niecodziennych historii. Dziś przedstawiam pierwszy z nich, z nadzieją, że dokładniejsze poznawanie historii katalońskiego klubu, zafascynuje Was tak samo jak mnie.

Lata 50. ubiegłego wieku, jawiły się piękną perspektywą dla przyszłości Barcelony jako czołowego klubu piłkarskiego. Pierwszym zwiastunem nadchodzącej świetlanej przyszłości, było przybycie węgierskiego gwiazdora Ladislao Kubali, do Barcelony. To właśnie z nim w składzie, do obecnych czasów, początek lat 50-tych uważany był za złoty okres w historii FC Barcelony. Później jednak, mający za plecami potężnego hiszpańskiego dyktatora - Generała Franco - Real Madryt, rozpoczął ofensywę. Pierwszym ruchem, było przejęcie niemal "dogadanego" już transferu Alfredo Di Stéfano do Barcelony, który wraz z Kubalą miał stworzyć duet, który podziwiać miała cała Europa. Ostatecznie, Argentyńczyk znalazł się w stolicy Hiszpanii i wraz z innym węgierskim piłkarzem - Ferencem Puskasem - stworzył zespół, który dominował przez kolejne lata, zarówno na arenie hiszpańskiej jak i europejskiej. Niekorzystne "fatum" miało się jednak odwrócić na korzyść Barcelony w 1958 roku.

Nadchodzi "Magik"...

Przybycie Helenio Herrery do stolicy Katalonii wiosną 1958 roku, rozpoczęło nowy, jeden z najbardziej dynamicznych okresów w historii Barcelony, okraszony przelotnymi sukcesami. Trener argentyńskiego pochodzenia, tymczasowo wyciągnął klub z głębokiej depresji spowodowanej madrycką lawiną sukcesów. Ogromna chęć zakończenia dominacji Realu, była dobitnie widoczna na przykładzie poprzedniego trenera Barçy. Domingo Balmanya, pomimo wygrania Pucharu Miast Targowych, został zwolniony, ponieważ ukończył krajowe rozgrywki ligowe na drugim miejscu, tracąc do Realu siedem punktów.

Rok wcześniej (1957) Bobby Charlton - ówczesny piłkarz Manchesteru United, po pojedynku z Realem Madryt powiedział: "Myślałem, że ci zawodnicy nie są ludźmi. To zupełnie odmienny typ gry, od tego, którego mnie nauczono". Jednakże od samego początku swojego kontraktu w Barcelonie, Helenio Herdera ani przez chwilę nie miał chwili zwątpienia. Posiadał niesamowitą wiarę, nie tylko we własne umiejętności. Był przekonany, że potrafi wykrzesać ze swoich zawodników to co najlepsze i uważał, że zespół ma potencjał by grać tak jak stołeczni rywale, a nawet i lepiej.

... i faktycznie nastała magia

W ciągu dwóch lat swojego pobytu w Barcelonie, Herdera wstrząsnął zespołem aż po same korzenie. Użył swojej rozległej wiedzy z zakresu psychologii do zmotywowania zespołu, który zbyt często ulegał ciężarowi swojej własnej historii i zbyt łatwo wierzył, że zwycięstwo bądź przegrana w meczach, była wynikiem konspiracyjnych ustaleń rządu - a nie ponieważ, konkurencyjne zespoły były stosunkowo silniejsze. Szybkość transformacji jaką przeszedł zespół, od razu zwróciła na siebie uwagę. Pojawiły się głosy o sekretnych rytuałach, czy nawet używaniu narkotyków, a ówczesny futbol pozbawiony był jeszcze obecnych ścisłych kontroli dopingowych. Wszyscy w Barcelonie jednak zaprzeczali temu, co jedynie dowodziło absolutnej lojalności, jaką wytworzył wobec siebie Herrera bardziej, niż faktyczny stan rzeczy i prawda, którą zabrały ze sobą do grobu władze klubu. Sam Herrera uważał, że ci, którzy oskarżali go o stosowanie dopingu, nie mieli żadnego pojęcia o jego doświadczeniu w świecie futbolu, które pozwalało mu na tak niecodzienne podejście do piłki nożnej. Faktycznie, sposób motywacji jaki stosował Herrera można spokojnie nazwać ekscentrycznym. Nazywali go "magikiem" gdyż jego techniki, nigdy dotąd nie były stosowane w piłce nożnej. Nawet konferencje prasowe miały charakter wielkiego, religijnego przemówienia.

Herrera z pogardą odnosił się do innych trenerów, którzy jego zdaniem, niezbyt przykładali się do zmotywowania swoich zawodników przed meczem. "Zbyt wielu menedżerów ogranicza się do poklepania graczy po ramieniu tuż przed wyjściem na mecz. Ewentualnie okazyjnie wygłoszą mowę, która wprawdzie nieco rozgrzeje serca, ale za to ostudzi mięśnie." Jego treningi i rozgrzewki przedmeczowe stały się tak popularne, że ludzie płacili każdą, osiągalną przez nich sumę, by tylko móc je obejrzeć.

Zioła i rytuały

Podczas gdy zawodnicy przebierali się w szatni, pośród wszystkich krążyła "dziwna" herbata, którą przygotowywał sam trener. "Dziwna", gdyż smakowała zupełnie odmiennie o tej przywożonej z Anglii, do której wszyscy byli przyzwyczajeni. Była to kombinacja różnego rodzaju ziół z Ameryki Południowej i Bliskiego Wschodu. Sama receptura znana była jedynie przez Helenio. Herbata miała oczyszczać umysł i wzmacniać duszę. Na piętnaście minut przed pierwszym gwizdkiem sędziego, zawodnicy zbierali się w kółko, a trener stał w jego środku. Trzymając piłkę w rękach, rzucał w stronę każdego i patrząc głęboko w oczy, jednocześnie wykrzykiwał głośno pytanie: "Co myślisz o tym meczu? Jak zamierzasz zagrać? Dlaczego zamierzasz wygrać?" Pytanie otrzymywał każdy, dopóki na u wszystkich nie było widać śladów potu. Następnie na sygnał zawodnicy się rozdzielali, odbiegali kawałek, by za chwilę znów utworzyć kółko i trzymając się za ramiona. Wyglądało to tak, jakby niewidzialna siła Herrery przyciągała ich do siebie. Następnie wszyscy na głos krzyczeli. "Wygramy mecz! Wygramy go razem!". To było niczym publiczne przyrzeczenie dla całego stadionu. Niczym wojowniczy rytuał, odprawiany przez afrykańskie plemiona. Na koniec, wszyscy kładli ręka na rękę i ostatecznie "przyrzekali" zwycięstwo.

Jednakże oprócz ekscentrycznych gier umysłowych, Herrera posiadał ogromną widzę o futbolu. Dużo większą, niż jakikolwiek wcześniejszy trener Barcelony. To w tym okresie eksperymentował z nową, bardzo ofensywną taktyką, używając skrzydłowych do większego zaangażowania w atak, co zamieniało łatwiejsze mecze w prawdziwe festiwale strzeleckie. Jego system był całkiem odmienny od włoskiego catennacio, w którym to jeden ze środkowych obrońców zostawał zawsze z tyłu i asekurował resztę obrońców. W taktyce HH (jak popularnie był zwany), środkowi obrońcy mieli za zadanie kryć napastników rywala, ale boczni obrońcy zawsze atakować.

Hierarchia nie istnieje

W Barcelonie, Herrera wyróżniał się ogromną wiedzą na temat swoich zawodników. Bardzo dobrze znał ich dobre strony, ale i słabe, co pozwoliło mu doskonale przystosować ich do swojej wizji taktycznej. Bardzo cenił sobie katalońską canterę. Wprowadził do składu takich zawodników jak Olivella, Gensana, Grácia, Verges czy Tejada. "Zawdzięczamy im wiele naszych zwycięstw; grali nie tylko z wielką klasą, ale także z ogromnym przywiązaniem do klubowych barw" - napisał Herrera w swoich wspomnieniach, Mia Vita. Pomimo tego, iż Argentyńczyk cenił sobie wielu zawodników, to w drużynie nie było hierarchii. Tylko jeden za wszystkich i wszyscy za jednego. To była jedność duchowa, siła i szybkość, które w połączeniu z wspaniałą techniką były receptą na drużynę idealną. "Wy Anglicy" - wytknął angielskim dziennikarzom na lotnisku w Birmingham w 1960 roku, "gracie futbol, jaki my prezentowaliśmy dawno temu. Oparty na sile fizycznej, ale bez taktyki i techniki" - tuż po wygranym meczu 5-2 z Wolverhampton Wanderers, w 1/4 finału Pucharu Mistrzów.

Kiedy trzydzieści lat później, kilka lat przed swoją śmiercią, został odwiedzony przez Simona Kupera, w swoim domu w Wenecji, został zapytany o okres trenerski w Barcelonie. Odpowiedział wtedy, że w ataku grał "szczwanymi obcokrajowcami" - czyli Kocsis, Villaverde czy Czibor, a w defensywie bazując na wychowankach, "moi wielcy Katalończycy" - tak zwał Ramalletsa, Olivellę, Rodriego, Grácię, Segarrę czy Gensanę. "Katalończykom" - opowiadał Herrera - "mówiłem, ‘grajcie dla swojego narodu, dla Katalonii', natomiast do obcokrajowców przemawiałem pieniędzmi... Wspominałem o ich żonach i dzieciach. W zespole masz dwudziestu pięciu ludzi, nie możesz mówić im tego samego". - A były jakieś rozbieżności między poszczególnymi narodowościami? - naciskał Kuper. "Węgrzy podchodzili z nieco większym dystansem. Ale właśnie dlatego ich nie oddzielałem, tylko mieszałem. Czibor i Kocsis nie mogli być razem w pokoju. Chciałem, żeby wszyscy czuli się tacy sami. Chciałem widzieć przyjaźń między wszystkimi. To dlatego wspólnie trenowaliśmy, wspólnie jadaliśmy posiłki...".

Druga część artykułu, dostępna do przeczytania tutaj.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (21)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze